Niedzielne popołudnie, droga między Mrągowem a Kętrzynem i kontrola, która skończyła się mandatem w wysokości 1000 zł oraz 15 punktami karnymi. Sławomir twierdzi, że nikogo nie wyprzedzał. Mandat przyjął dopiero po informacji, że odmowa może oznaczać zatrzymanie prawa jazdy. Dla zawodowego kierowcy to nie tylko problem na drodze, ale ryzyko utraty możliwości wykonywania pracy.
„Jechałem spokojnie. Wiedziałem, że policja będzie mierzyć prędkość”
Była niedziela, 9 sierpnia 2026 roku, około godziny 17.15. Sławomir jechał drogą wojewódzką nr 591 w Rydwągach, na trasie Mrągowo–Kętrzyn.
– Wiedziałem, że tego dnia zapowiadano wzmożone pomiary prędkości. Jechałem spokojnie i pilnowałem ograniczenia – mówi.
Za jego samochodem pojawił się nieoznakowany radiowóz, który jechał szybciej, a następnie zatrzymał kierowcę. Policjanci zapytali, czy wie, dlaczego został zatrzymany. Nie wiedział. Usłyszał zarzut wyprzedzania innego samochodu w miejscu objętym zakazem. W rozmowie pojawił się również wątek podwójnej linii ciągłej.
„Ale kogo miałem wyprzedzić? Przede mną nie było żadnego auta!”
Sławomir od początku zaprzeczał.
– Powiedziałem policjantom, że nikogo nie wyprzedziłem. Przede mną nie było żadnego samochodu. Nie wykonywałem takiego manewru, nie najechałem też na podwójną linię ciągłą i jej nie przekroczyłem – mówi.
Funkcjonariusze uznali, że doszło do wykroczenia. Kierowca twierdzi, że nie było nawet pojazdu, który mógłby wyprzedzić. To właśnie ten spór powinny rozstrzygać dowody.
– Jeżeli obywatel kwestionuje zarzut, a istnieje materiał pozwalający zweryfikować przebieg zdarzenia, powinien on zostać zabezpieczony. W sprawach, w których słowo kierowcy stoi przeciwko ustaleniom funkcjonariuszy, obiektywny dowód ma podstawowe znaczenie – mówi mec. Lech Obara z olsztyńskiej kancelarii prawnej, pełnomocnik Sławomira.
„Nie przyjmę mandatu”. Chwilę później padły słowa o prawie jazdy
Sławomir początkowo odmówił przyjęcia mandatu. Nie zgadzał się z zarzutem i chciał, aby sprawę rozstrzygnął sąd.
Wtedy usłyszał, że odmowa będzie oznaczała zatrzymanie prawa jazdy.
– Jestem zawodowym kierowcą. Bez prawa jazdy nie mogę wykonywać swojej pracy. Bałem się, że stracę możliwość zarobku, więc ostatecznie przyjąłem mandat. Nie dlatego, że przyznałem się do wyprzedzania, ale dlatego, że przestraszyłem się utraty uprawnień – podkreśla Sławomir. – Mój klient od początku nie zgadzał się z zarzutem i chciał skierować sprawę do sądu. Przyjęcie mandatu nie było więc skutkiem zmiany stanowiska co do samego wykroczenia. Zadecydowała obawa przed utratą prawa jazdy, a dla zawodowego kierowcy oznacza to również zagrożenie utratą źródła utrzymania – uzupełnia mec. Obara.
1000 zł, 15 punktów i zapis na mandacie
Mandat pozwala dokładnie ustalić, za co ukarano kierowcę. W rubryce opisującej wykroczenie wpisano: „Naruszenie znaku pionowego B-25”. Jako podstawę prawną wskazano art. 92 § 1 Kodeksu wykroczeń. Grzywna wyniosła 1000 zł, a liczba punktów karnych – 15.
Na formularzu nie ma zarzutu najechania na podwójną linię ciągłą ani jej przekroczenia. Nie wskazano również pojazdu, który Sławomir miał wyprzedzić.
Ma to znaczenie, ponieważ podwójna linia ciągła i znak B-25 to dwa różne rodzaje oznakowania, a mandat dotyczy konkretnie naruszenia zakazu wyprzedzania.
„Najpierw pokazano mi nagranie. Później usłyszałem, że go nie ma”
– Podczas kontroli pokazano mi materiał, który odebrałem jako nagranie mające potwierdzać wykroczenie. Kilka dni później dowiedziałem się, że takiego nagrania nie ma – mówi Sławomir.
Nagranie mogłoby wyjaśnić nie tylko sam zarzut wyprzedzania, ale również przebieg kontroli i rozmowę dotyczącą odmowy przyjęcia mandatu oraz prawa jazdy.
– W tej sprawie kluczowe jest ustalenie, jaki materiał pokazano kierowcy podczas kontroli i czy został on zabezpieczony. Jeżeli istniał zapis pozwalający odtworzyć przebieg zdarzenia, powinien stanowić istotny element materiału dowodowego – podkreśla mec. Obara.
Ta historia dotyczy czegoś więcej niż jednego mandatu
Sprawa Sławomira pokazuje problem, na który od lat zwraca uwagę Rzecznik Praw Obywatelskich. Kierowca może przyjąć mandat, a później pojawiają się nowe dowody lub okoliczności podważające zasadność ukarania. Tymczasem prawomocnego mandatu nie da się wzruszyć tak łatwo jak orzeczenia sądu.
RPO wskazywał, że przepisy nie dają wyraźnej podstawy do uchylenia mandatu tylko dlatego, że po jego przyjęciu ujawniono nowe dowody niewinności albo poważne nieprawidłowości przy jego nakładaniu. To problem systemowy, niezwiązany bezpośrednio ze sprawą Sławomira.
Dobrym przykładem jest opisywana przez RPO sprawa 75 kontroli przeprowadzonych przy użyciu mierników prędkości bez ważnych świadectw legalizacji. Mandaty zostały przyjęte, a później okazało się, że przepisy nie dawały prostego mechanizmu ponownego zbadania tych spraw.
– To pokazuje, jak daleko idące skutki może mieć przyjęcie mandatu. Jeżeli później pojawiają się istotne dowody lub poważne wątpliwości, droga do ponownego zbadania sprawy jest bardzo ograniczona. Dlatego tak ważne jest, aby już na etapie kontroli obywatel miał realną możliwość zakwestionowania zarzutu i przedstawienia sprawy sądowi – mówi pełnomocnik Sławomira.
Ministerstwo Sprawiedliwości już w 2024 roku, po interwencji Rzecznika Praw Obywatelskich, przyznało, że przepisy dotyczące uchylania prawomocnych mandatów wymagają zmiany i zapowiedziało prace legislacyjne. Miały one objąć między innymi sytuacje, w których po przyjęciu mandatu pojawią się nowe dowody wskazujące, że ukarany nie popełnił wykroczenia.
Od zapowiedzi do zmiany prawa droga okazała się jednak wyjątkowo długa. Ponad dwa lata później kierowcy nadal pozostają w tym samym miejscu. Mandat przyjęty dziś może nadal zamknąć drogę do skutecznego podważenia ustaleń, nawet gdy później pojawią się poważne wątpliwości co do tego, czy wykroczenie w ogóle zostało popełnione