# Zakonnica, bimber i 60 dziewic komendanta

- Link: https://tko.pl/78943,2021,03,25,zakonnica-bimber-i-60-dziewic-komendanta
- Published: 2021-03-25T17:48:06+01:00
- Author: Redakcja TKO

**Rozmowa z powojennym pionierem dr. Feliksem Walichnowskim, który przybył do Olsztyna
28 marca 1945 roku, delegowany wraz z grupą 97 kolejarzy z Warszawy. Miał wtedy 
zaledwie 16 lat. W Olsztynie mieszka do dzisiaj.**

**– Panie Feliksie, chyba jest Pan jednym z ostatnich żyjących pionierów, którzy
przybyli na Warmię i Mazury w 1945 roku. Jakie były Pana pierwsze wrażenia, po przybyciu
do Olsztyna? **

– Zacznijmy od tego, że w marcu 1945 roku w Prusach Wschodnich toczyły się jeszcze
zmagania frontowe Armii Czerwonej z wojskami hitlerowskimi i transport z Warszawy
do Allenstein toczył się po torach przez 18 dni. Pewnie pieszo doszlibyśmy wcześniej,
bo mieliśmy ze sobą tylko bagaż podręczny. Wagony towarowe ciągnięte przez lokomotywę,
w których się znajdowałem, wjechały na środkowy peron dworca Allenstein rankiem 
28 marca. Po lewej stronie stał transport z rannymi żołnierzami Armii Czerwonej,
po prawej transport z żołnierzami niemieckimi wziętymi do niewoli. Udaliśmy się 
ze swoimi kuferkami podróżnymi do murowanego baraku, który stoi do dziś i jest tu
sklep spożywczy. W tym baraku każdy otrzymał czarną kawę serwowaną przez zakonnice.
Jedna z nich zainteresowała się mną, znała język polski i powiedziała, że takich
jak ja nazywa się „szurkami”, czyli wymagającymi matczynej opieki. Bardzo mi się
spodobała propozycja zaopiekowania i umówiłem się z zakonnicą na drugi dzień, że
pokaże mi miasto.

**– Czy [Olsztyn](https://tko.pl/olsztyn) był miastem docelowym, gdzie miał Pan 
pracować? **

 – Nie, miastem docelowym miała być [Ostróda](https://tko.pl/ostroda), ale póki 
co wraz z innymi kolejarzami mieliśmy pozostać w Allenstein i naczelnik grupy pozwolił
nam na znalezienie sobie kwater w pobliżu dworca. Udaliśmy się w kierunku obecnego
Placu Bema i ulicy [Kętrzyńskiego](https://tko.pl/ketrzyn). Bardzo spodobała mi 
się okazała kamienica – pięknie wyremontowana stoi do dzisiaj – odłączyłem się od
grupy, a że nie był tam nikogo i drzwi były pootwierane, odważyłem się wejść. W 
jednym z mieszkań mieścił się majątek, jakiego nigdy dotąd nie widziałem: luksusowe
meble, dywany, porcelana, zbroje rycerskie, poroża… (po latach ustalono, że w tym
budynku mieszkali wojskowi i cywilni dygnitarze). Być może na drugi dzień lub za
kilka dni ten majątek został rozszabrowany. Ja w każdym bądź razie nic nie wziąłem
do swojego kuferka, tylko postanowiłem czym prędzej się ulotnić, żeby raptem ktoś
się nie zjawił i mnie nie zabił. Dołączyłem do kolegów i nocleg znaleźliśmy w budynku
obok, który również stoi do dzisiaj, w mieszkaniach opuszczonych przez Niemców. 
Niestety, zamiast pościeli znaleźliśmy tylko stosy pierza na podłodze, czyli szabrownicy
już tu byli.

**– Panie Feliksie, a co było dalej z tą zakonnicą?**

 – No właśnie, po „nocy w pierzu” spotkałem się z zakonnicą i wybraliśmy się na 
spacer po Olsztynie. Szliśmy obecną ulicą Partyzantów. Dziwiłem się, że za wyjątkiem
jednego domu wszystkie inne stały nienaruszone, ale nie było ludzi na ulicach. Moja
przewodniczka wyjaśniła mi, że tuż przed przyjściem Rosjan Niemcy albo uciekli, 
albo władze miasta wypędziły ich na drogę ewakuacji, a ci nieliczni, którzy pozostali,
to przeważnie kobiety, dzieci i starcy. Kobiety boją się wyjść z ukrycia, bo żołnierze
gwałcą i dręczą tutejszych mieszkańców. Dalej zakonnica pokazała mi Dom Polski u
zbiegu dzisiejszych ulic 1 Maja i Partyzantów oraz gmach Konsulatu Polskiego. Przeszliśmy
obok teatru i tak doszliśmy do nienaruszonego ratusza, Wysokiej Bramy i głównej 
ulicy Starego Miasta. Tu zobaczyłem kikuty spalonych domów. Zakonnica wyjaśniła,
że to dzieło Rosjan. Po wielu latach naoczny świadek z tamtych czasów zeznał, że
Rosjanie szli z miotaczami ognia przez obecną ulicę Prostą, ponieważ już po wkroczeniu
do miasta bez boju, wojskowa kronika filmowa otrzymała zadanie nakręcenia filmu 
ze sfingowanego szturmu na Allenstein.*

**– Smutne to, że dla celów propagandowych zniszczony został tak cenny fragment 
naszego miasta. Rozumiem, że dalej była już Ostróda? **

– Tak, 30 marca wraz z innymi kolejarzami przybyliśmy do Ostródy, a wtedy Osterode,
celem przejęcia niemieckich warsztatów naprawczych taboru kolejowego. Miałem wtedy
16 lat, dyplom ukończenia zasadniczej szkoły zawodowej, walizkę z dykty z rzeczami
osobistymi i satysfakcję, że przetrwałem wojnę i nie zostałem zabity przez faszystów,
a teraz ja będę gospodarzem ich fabryki. Poza tym w Ostródzie mogłem wybrać sobie
umeblowane mieszkanie z wygodami. W Warszawie mieszkałem z rodzicami i dwoma braćmi
na Woli w jednej izbie bez wygód, a za oknem był ściek kanalizacyjny. Tutaj przed
każdym domem był ogródek.

**– Czy w Ostródzie pozostali jacyś mieszkańcy i na czym polegała Pana pierwsza 
praca? **

– Pozostało trochę kobiet, dzieci i starców, zwłaszcza ci, którzy mieli korzenie
polskie. Nazywano ich Mazurami albo tutejszymi. Co do pracy, to przede wszystkim
trzeba było znaleźć środki, żeby przekupić Rosjan i uratować przed wywiezieniem 
maszyny fabryczne, które Armia Czerwona traktowała jako zdobycz wojenną. Nie wiem,
czy pani się orientuje, ale wtedy najważniejszym środkiem płatniczym i przemawiającym
do Rosjan był…bimber. Za jedną butelkę można było kupić konia lub krowę, za dwie
cały dom, a za trzy butelki cały majątek ziemski.

**– Ale skąd mieliście ten bimber? **

– No właśnie, w piwnicach domów znaleźliśmy znaczne zapasy ziemniaków, w pobliskich
stodołach niewymłócone zboże, a przy fabryce magazyn z melasą. Produkcją bimbru 
zajął się miejscowy pan Jan, a my za 10 butelek tego „środka płatniczego” zapobiegliśmy
wywózce maszyn z warsztatów naprawczych taboru kolejowego. Wszystko, co w tamtym
czasie dobre było dla Ostródy zawdzięczamy bimbrowi, który wytwarzał pan Jan i spółka.
A i my nie próżnowaliśmy. Zanim rozpoczęliśmy naprawę wagonów, odgruzowaliśmy miasto,
a potem zabraliśmy się do uruchomienia urządzeń komunalnych, bo nie było prądu, 
wody i gazu.

**– Na drugi dzień po przybyciu do Ostródy w 1945 roku przypadała Wielkanoc. Jak
Pan ją zapamiętał? **

– No, święto trzeba było uczcić. W piwnicach były ziemniaki, przetwory warzywne,
a kto miał szczęście znalazł i zakonserwowane mięso. Niestety, nie było jajek. Ale
ja miałem szczęście; w pewnym momencie do moich uszu doszło gdakanie kury, co znaczyło,
że kura zniosła jajko. Wyszedłem przed dom i obok zauważyłem małą chatkę otoczoną
ogródkiem. Podszedłem do drzwi i zapukałem. Wreszcie drzwi otwarto i stanęła w nich
kobieta, a obok niej dziewczyna. „Czego chłopcze szukasz?” – zapytała w moim języku.
Zdziwiłem się, ale niespeszony odpowiedziałem, że jajka. „A skąd wiesz, że mam kurę?”„
Bo gdakała” – odpowiedziałem. „Ale niech mi pani powie, skąd zna pani język polski.
Jest pani Polką?” A ona na to: „Nie, chłopcze, jestem Mazurką”. Kobieta zaprosiła
mnie do izby, poczęstowała kawą zbożową i powiedziała, że mąż poległ na froncie 
w Rosji, syn w Polsce i pozostała jej tylko córka, domek i trzy kury. Kobieta podarowała
mi jajko, a ja wróciłem do kolegów. Myślę, że darowane mi jajko wielkanocne w 1945
roku jest symbolem ciągłości polskości na Mazurach mimo wszystko i że jeśli Mazur
wyciągnął rękę do Polaka to Polak mu ją podał.

– **Czyli z jedzeniem nie było pro­sto, mimo zaopatrzonych piwnic?**

– W 1945 roku kolejarze-pionierzy z ostródzkiej „Wagonówki” mieli spore trudności
z wyżywieniem. Zakładowa stołówka oparta na produktach zna­lezionych w opuszczonych
gospodar­stwach rolnych oraz przydzielone przez grzeczność przez komendanturę miasta
mięso, po prostu nie wystarczało. Każdy szukał na własną rękę żywności dla do­pełnienia
brzucha.

Siódmego maja mój brat Tadeusz, który był tu ze mną i jego starszy kolega zabrali
mnie na wędrówkę „za chlebem”. Dotarliśmy do poniemieckiego majątku Lichtajnen, 
gdzie w pałacu kwaterował oddział Armii Czerwonej, a w czworakach mieszkali Polacy,
do niedawna przymu­sowi robotnicy przywiezieni do pracy w niemieckich gospodarstwach
rolnych. We wsi była gorzelnia dobrze wyposa­żona w spirytus. I tak to się zaczęło.
Po przedstawieniu się kim jesteśmy i po co przybywamy, poproszono nas do stołu, 
a na nim było tyle rozmaitego jadła, że aż ślinka ciekła z ust. Stała też blaszana
bańka, z której nalewano do szklanek. Mój brat wyprosił, aby mnie, małolatowi nalewano
pół szklanki, natomiast pozo­stali opróżniali bańkę całymi szklankami. Nie wiem 
jak długo trwała ta biesiada, ponieważ obudziłem się na drugi dzień jak słoneczko
było wysoko. Leżałem w obszernym łóżku pomiędzy dwiema niewiastami o obfitych kształtach,
czego przede mną nie skrywały.

Rano przygotowano nam na dro­gę wiadro mleka, koszyk jajek i połeć słoniny, następnie
zaproszono do sto­łu na śniadanko. Zakąski były takie jak wczoraj, tylko bańki były
dwie. W jednej znajdowała się woda na kaca, a w dru­giej spirytus na klina. Gospodarze
uznali pewnie, że wczoraj przeszedłem chrzest bojowy, więc mnie także nalewano peł­ną
szklankę. Konsumpcja trwała już ja­kiś czas i było coraz weselej, aż tu nagle wpada
żołnierz z pepeszą i woła: „Proszę przyjść natychmiast na dziedziniec przed pałacem.
Odbędzie się wiec z okazji roz­gromienia faszyzmu niemieckiego”. Pa­miętam, że na
dziedzińcu pałacowym było duże zgromadzenie wojskowych i cywilów oraz płomienne 
słowa wypo­wiedziane przez oficera „Hitler kaput”. Ledwo utrzymywałem się na nogach,
ponieważ słońce grzało, a w głowie szu­miało. Pamiętam jeszcze, jak dostałem blaszany
kubek, podniosłem go do ust i … więcej nic nie pamiętam. Okazało się, że mój brat
miał mocną głowę albo omi­jał alkoholowe kolejki, włożył za pazuchę darowaną słoninę,
na przykryte talerzem wiadro z mlekiem położył koszyczek z jaj­kami, następnie wziął
mnie pod pachę i ruszył w drogę powrotną do Ostródy. Kolegę zostawił leżącego na
trawniku. Pewnie zrobiło mu się go żal, więc po przejściu dwóch kilometrów oparł
mnie o przydrożne drzewo i wrócił po kole­gę. Dowlókł go do mnie leżącego pod drzewem
i chrapiącego. Teraz kolegę posadził pod drzewem, trochę odsapnął, następnie mnie
wziął pod pachę, w drugą rękę wiadro z koszyczkiem i tak pokonał następne dwa kilometry.
Posadził mnie pod kolejnym drzewem i znów wrócił po kolegę… Pod Ostródą zaczęliśmy
trzeź­wieć. „Nie mam do was większego żalu” – powiedział brat – ale popatrzcie”.
I po­kazał nam potłuczone jajka w koszyku, resztę mleka na dnie wiadra, a spod jego
pachy kapał tłuszcz ze słoniny.

– **Współczuję bratu… A co z kultu­rą wyższą, czy w ogóle taka była?**

– Oczywiście, nawet jeździliśmy do te­atru do Olsztyna, ale wcześniej powstał te­atr
w Ostródzie. Zorganizował go pewien kolejarz i nawet namówił mnie do zagra­nia roli.
Wcieliłem się w rolę kowala i nie musiałem nic mówić tylko stać przy ko­wadle z 
młotem w ręce. Dobrze, że tylko takie zadanie mi powierzono, ponieważ dla pozbycia
się tremy wypiłem flaszeczkę wódki i ledwo trzymałem się na nogach.

Opowiem też o pierwszych po­wojennych uroczystościach na Polach Grunwaldu w lipcu
1945 roku, bo jest to fakt historyczny, chociaż niedokładnie zapamiętany. Otóż kolejarze
z Ostródy zostali zobowiązani do udziału w uro­czystościach i przydzielono nam dwa
samochody ciężarowe. Na jednym poje­chali członkowie PPS, na drugim PPR. Na Polach
Grunwaldu zbudowano nieduży obelisk, żeby było gdzie położyć kwiaty. Zjawili się
przedstawiciele rządu z War­szawy z Bolesławem Bierutem na czele, generałowie Ludowego
Wojska Polskie­go i Armii Czerwonej oraz dotarł spóź­niony „król Mazurów” z [Działdowa](https://tko.pl/dzialdowo)
Karol Małłek. Była kompania honorowa, za­grano hymn narodowy, ktoś zabrał głos, 
złożono kwiaty i …koniec. Mieliśmy rów­nież ciekawy powrót do Ostródy. Otóż – jak
mówiłem – jechaliśmy dwoma samo­chodami ciężarowymi, w jednym ludzie z PPS, w drugim
z PPR. Każdy z nas miał piersiówkę bimbru i zaraz po uroczysto­ściach spożył jej
zawartość. Samochody na wąskiej i krętej drodze jechały koło siebie, więc nastąpiła
kraksa. Wszyscy wysiedli i jak to podpici Lechici zaczę­li spierać się w sprawach
politycznych, wykazując spore rozbieżności. Doszło do rękoczynów, ale nie trwało
to długo, ponieważ znużeni podróżą i z niedospa­nia ułożyli się do snu na przydrożnych
łąkach.

– **Panie Feliksie, a co z tymi 60 dziewicami, które rzekomo pozostały na tych terenach?**

– Oj, pani Kasiu, o płci pięknej mogę mówić godzinami bez znudzenia. Otóż, w połowie
maja 1945 roku, komendant wojenny Armii Czerwonej w Ostródzie, pułkownik Siergiej
Iwanowicz Konstan­tynów z Tuły rodem, przekazał zaufa­nym Polakom 60 Mazurek. A 
było to tak. W Ostródzie, niedaleko kościoła mieści­ła się komendantura wojenną,
w której mieszkał wspomniany pułkownik. Zapro­sił on do siebie dwóch zaufanych męż­czyzn:
naczelnika „ Wagonówki” pana G. i mistrza z fabryki pana M., który świetnie władał
językiem rosyjskim. „Mam do was dwie prośby – zaczął pułkownik. – Pierw­sza dotyczy
polskiego kościoła. Wiem, że modlą się w nim kolejarze, ale tylko wtedy, gdy za 
moim zezwoleniem otworzy wrota niemiecka zakonnica. Teraz wy będziecie opiekować
się tym obiektem sakralnym, który uratowałem od zniszczenia. Szcze­gólnie dbajcie
o witraż w jednym z okien, bo jest na nim napis w języku polskim i nawet faszyści
go nie zlikwidowali…” Po wypiciu napełnionych szklaneczek i zaką­szeniu rybą, Konstantynów
powiedział: „Druga prośbą jest innego rodzaju. Zaraz po zdobyciu do Ostródy, odejściu
re­gularnych oddziałów naszej armii i mia­nowaniu mnie komendantem wojennym w tym
mieście, zaczęły się gwałty, z który­mi trudno sobie radziłem. Kiedy trochę się 
uspokoiło, Niemki zaczęły wychodzić ze swoich kryjówek kierując kroki do mnie, abym
uchronił je przed molestowaniem. Co miałem począć? Kazałem adiutanto­wi ulokować
je na I i II piętrze w wolnych pokojach i wpisać na stan listy wyżywie­niowej”. 
Na koniec powiedział: „Bieryjcie, ja uchadżu, a one jeszcio nie trochane”, co można
przetłumaczyć: „Ja odjeżdżam, więc przekazuję wam 60 dziewcząt, które zachowały 
cnotę”.

– **Rozumiem, że dalej dobrze się nimi zaopiekowaliście?**

– Ależ oczywiście. Część zatrudniono w „Wagonówce”, część w innych zakła­dach pracy,
a niektóre udało się ożenić z napływającymi do miasta osadnikami z Mazowsza, Kurpiów
i Wileńszczyzny. Myślę, że wszystkie, gdziekolwiek rzucił je los, sympatycznie wspominały
puł­kownika Armii Czerwonej, Siergieja Iwa­nowicza Konstantinowa, a także pana M.,
który przede wszystkim szukał dla nich miejsca w nowej rzeczywistości.

– **A jaka konkretnie była ta rzeczy­wistość dla was, w końcu pracowali­ście, czyli
musieliście dostawać jakieś wynagrodzenie?**

– Oczywiście, mój pierwszy zarobek w „Wagonówce” wyniósł 1650 zł.

– **Ale było to dużo czy mało i na co wydał Pan te pieniądze?**

– Oj, mało, ale dla samotnego mło­dzieńca wystarczało, skoro żywność można było 
znaleźć w wekach, w piwni­cach domów opuszczonych przez Niem­ców, no i była też 
zakładowa stołów­ka. Z pierwszą wypłatą przyjechałem z Ostródy do Olsztyna, wyremontowa­nym
własnoręcznie wraz z kolegami wagonem kolejowym. Na ulicy 1 Maja otwarto już knajpę
i nazwano ją „Pio­nier”. Wszedłem do środka, gdzie pach­niało śledziem i wódką, 
trochę odstałem w kolejce i kupiłem pół śledzia w occie, szklaneczkę wódki i dwie
kromki chleba. Prawie pełnia szczęścia.

– **Dlaczego prawie? Czego wam brakowało? W końcu w porównaniu z Warszawą tutaj 
były „luksusy”.**

– No tak, ale przecież nie było kobiet. Proszę sobie wyobrazić, że w naszej 100-
osobowej grupie z Warszawy była tylko jedna kobieta! Ale wkrótce to się zmieniło.
Zaczęły napływać transporty z osadnikami ze Wschodu – całe rodziny. Boże, ile przybyło
pięknych dziewcząt! W Olsztynie w 1945 roku zawarto 96 ślu­bów i urodziło się 93
dzieci. Miłość po­łączyła ludzi, zatarła różnice pochodze­nia terytorialnego osadników
z różnych stron i nielicznych miejscowych kobiet. Wszyscy urodzeni po wojnie w Olsztynie
czy Braniewie mają prawo nazywać sie­bie Warmiakami, a urodzeni w [Szczytnie](https://tko.pl/szczytno)
lub Mrągowie – Mazurami. Ubolewam tylko, że w 1945 roku nie przydzielono nam całych
Prus Wschodnich, o czym marzyli ludowi działacze skupieni wokół Związku Polaków 
w Niemczech.

– **No tak, ale gdyby przydzielono nam całe Prusy Wschodnie, to kim zasiedlono by
te tereny, skoro i tak niełatwo było znaleźć ludzi do za­mieszkania w tej część 
Prus. Nawet przymusowo osiedlano tu warszaw­skie prostytutki, o czym mowa w fil­mie„
Cudownie ocalony” z Marianem Opanią w roli głównej.**

– Pani Kasieńko, mój przyjaciel Karol Małłek i jego koledzy wspierani przez utopijnych
naukowców z Poznania po­stulowali, aby ustanowić całe Prusy Wschodnie Autonomią 
Mazurską. Pew­nie myśleli, że tysiące tubylców w 1945 roku padnie przed władzą polską
na kolana i okrzyknie: „My są Polacy!” Za­pomnieli o Plebiscycie 1920 roku? Poza
nielicznymi wyjątkami „tubylcy” byli i czuli się Niemcami i przez całe 70-lecie 
autochtoni z tamtych przedwojennych lat, mieszkający na Warmii i Mazurach, czują
się przeważnie Niemcami.

– **A Pan kim się czuje?**

– Oczywiście, że Warmiakiem. Co prawda urodziłem się w Warszawie, ale mieszkałem
tam tylko 16 lat, a ponad 70 w Olsztynie. Tu zresztą są piękne kobiety.

– **A jak ocenia Pan literaturę regio­nalną o tamtych latach?**

– Jest dużo książek, ale brak syntezy. Każdy sobie rzepkę skrobie i nie każdy dba
o terminologię, periodyzację, do­kładność dat i wydarzeń. Bywają ana­lizy tendencyjne
i nieudokumentowa­ne. Dużą wartość natomiast posiadają opublikowane pamiętniki, 
szczególnie Heleny Piotrowskiej i Joanny Wańkow­skiej-Sobiesiak oraz kroniki profesora
Tadeusza Orackiego i Bohdana Łukasze­wicza.

– **Czy jest zainteresowanie pionier­skimi latami na powojennych Mazu­rach i Warmii,
wśród urodzonych po 1945 roku?**

– Tak, duże i wciąż bardziej wnikliwe, co wynika z kameralnych rozmów, wy­pożyczeń
bibliotecznych i zainteresowa­nia wernisażami.

**Katarzyna Leśniowska**

* _Andrzej Wakar w wydanej w 1997 roku kronice „Olsztyn, dzieje miasta” pi­sze, 
że w lutym 1945 roku Olsztyn był niemal całkowicie wyludniony. Żołnie­rze radzieccy
zajmowali koszary, szkoły i budynki mieszkalne. Ratusz miał w heł­mie wieży wielką
dziurę. Niemal wszę­dzie w oknach były wybite szyby, szkło pomieszane z błotem i
z pierzem po­krywało podłogi mieszkań i bruk ulicz­ny. I nagle rozszalały się pożary,
które w ciągu paru tygodni strawiły ponad trzecią część zabudowy. Uległo znisz­czeniu
1040 budynków, zdewastowano wodociągi, instalacje gazowe i elektrycz­ne, pożar strawił
zajezdnię tramwajową. Największe straty poniosło Stare Miasto, a zakłady, które 
oszczędził pożar, po­zbawiono maszyn i urządzeń._

źródło: Dziennikarz Olsztyński, nr 1/2021

[⌊Zakonnica, bimber i 60 dziewic komendanta⌉⌊Zakonnica, bimber i 60 dziewic komendanta⌉[
