# Wykluczenie komunikacyjne Warmii i Mazur – Łukasz Michnik o systemie transportu [OPINIE]

- Link: https://tko.pl/77349,2021,03,10,wykluczenie-komunikacyjne-warmii-i-mazur-lukasz-michnik-o-systemie-transportu-opinie
- Published: 2021-03-10T19:17:57+01:00
- Author: Łukasz Michnik

**Pochodzę ze średnio zamożnego powiatu i dosyć biednej gminy w Warmińsko-Mazurskim,
gdzie wszystkie, a i tak znikome perspektywy opierają się o miasto wojewódzkie. 
Wioska, w której mieszkam, jak i tysiące innych wiosek w województwie za podstawę
komunikacji bierze instytucje ,,okejki’’ – małych busów jeżdżących na maksymalnie
czterdziestokilometrowych trasach, do których ten specyficzny termin przylgnął i
zakorzenił się od nazwy nieistniejącej już regionalnej firmy przewozowej, Olsztyńskiej
Korporacji i jej skrótowca, OK.**

Każdy, kto na co dzień korzysta z tego środka komunikacji, dysponuje wachlarzem 
anegdot i historyjek, których intryga skupia się zwykle wokół skandalicznej jakości
usługi. Rdzennego mieszkańca olsztyńskich peryferii nie powinna zaskakiwać sytuacja,
w której prywatny przewoźnik się spóźni, co więcej nie powinno go też zaskoczyć,
gdy przewoźnik przystanek ominie lub kurs wcale się nie odbędzie. Mieszkając na 
obrzeżach, powinieneś również zawsze być przygotowany na ścisk warunkowany kilkunastoosobową
nadwyżką względem dozwolonej liczby przewożonych osób określonej w przepisach. W
końcu żyjąc poza miastem, średnio jest być też osobą starszą lub z niepełnosprawnością,
bo usługa często nie jest po prostu odpowiednio przystosowana.

Nigdy nie zapomnę historii samotnej starszej pani z pobliskiej miejscowości, której
nie udało się dotrzeć do rodziny na Święta Bożego Narodzenia tylko dlatego, że przewoźnik
olał ostatni kurs dwudziestego czwartego grudnia. Oczywiście wyżej przedstawiony
stan rzeczy w swym absurdzie dalej zakrawa o pewien komfort, bo zakłada, że bus 
w ogóle dojeżdża do danej miejscowości.

Szacuje się, że na Warmii i Mazurach wykluczenie transportowe dotyka około dwustu
tysięcy osób. Część z nich, która ze względów ekonomicznych nie może pozwolić sobie
na posiadanie i utrzymanie samochodu, zmuszona jest do radzenia sobie innymi sposobami.
Chcąc dojechać do szpitala, większego sklepu czy urzędu trzeba dogadać się ze zmotoryzowanym
mieszkańcem wsi. Brutalna rzeczywistość zatem jest taka, że dla dużej części osób
w tym kraju dostęp do podstawowych usług uzależniony jest od życzliwości sąsiadów.

Na Warmii i Mazurach, w miejscach wypchniętych poza margines komunikacyjny, przetrwała
też archaiczna forma kapitalistyczna potocznie nazywana ,,sklepem na kółkach’’. 
Mieszkańcy po prostu wywieszają białą, foliową reklamówkę na płot, czym sygnalizują,
że chcą zrobić zakupy, że sprzedawca powinien tutaj się zatrzymać. W miejscowościach
o bardziej zaglomeryzowanym układzie domów handel obwoźny odbywa się po prostu o
konkretnej godzinie w charakterystycznym miejscu, przy kapliczce czy na skrzyżowaniu.

Co ciekawe te praktyki coraz to powszechniejsze stawały się z czasem. Momentem przełomowym
nie była wcale prywatyzacja przedsiębiorstw Państwowej Komunikacji Samochodowej,
a wcześniejsze dopuszczenie do nich prywatnej konkurencji. Model był prosty i powielany
w całej Polsce. Bus podjeżdżał na przystanek kilka minut przed PKS-em i podbierał
pasażerów, oferując im nieco niższą stawkę. Problem w tym, że działo się to tylko
na najbardziej intratnych trasach. PKS popularnymi kursami potrafił wypracowywać
niemały zysk, który za to przeznaczany był na pokrycie strat generowanych na mniej
uczęszczanych trasach, do mniejszych wiosek. Tyle że prywatna konkurencja na mniej
uczęszczane trasy nie wchodziła, co doprowadzało do piramidalnej nierentowności 
PKS-u oraz pozostawienia wiosek, o które wcześniej troszczyła się państwowa spółka,
samym sobie.

Całkowita prywatyzacja stała się już kwestią czasu. Rozsądny aparat państwowy oddając
pieczę nad danym sektorem usług, prywatnemu wykonawcy upewnia się, że będzie koordynował
dalej ten sam sektor, upewnia się, że firma ma doświadczenie w danej branży. Polski
aparat państwowy, a dokładniej nieistniejące już Ministerstwo Skarbu Państwa przekazywało
kontrolę nad działalnością przewozową firmom deweloperskim. Tak było też w Olsztynie,
w 2011 roku spółka Retail Provider za 12,5 miliona wykupiła PKS [Olsztyn](https://tko.pl/olsztyn).
Naturalnie obiektem zainteresowania był dworzec, który prędko zmienić miał się w
kolejne centrum handlowe. Po dwóch latach od zakupu spółki nowy włodarz zrzekł się
większości udzielonych przez marszałka województwa zezwoleń na wykonywanie przewozów.
Na szczęście firmie nie udało się przekształcić dworca w galerię dzięki kolejarzom,
którzy zablokowali budowę, nie pozwalając na ingerencję czy zakup części dworca 
należącej do PKP. Niedługo potem Retail Provider wystawiło na sprzedaż wszystkie
pozostałości po PKS Olsztyn – autobusy, zezwolenia, a nawet pracowników.

Realia, które dzisiaj obserwujemy, są efektem wielu lat zaniedbań klasy rządzącej.
Zapomniano o Polsce gminnej i powiatowej, która zostawiona sama sobie wypracowywała
coraz to dziwniejsze metody radzenia sobie z rzeczywistością. Rzeczywistością, która
wciąż żyje neoliberalnym dogmatem rentowności. Prywatny przewoźnik zawsze działa
tam, gdzie jest to opłacalne, tam gdzie to się zwraca. W rezultacie mamy krwiożerczą
konkurencję na często uczęszczanych trasach i transportową flautę w małych wioskach.
Tutaj właśnie interweniować powinno państwo, bo są sprawy ważniejsze niż zysk, bo
każdy obywatel musi mieć zapewniony dostęp do edukacji, opieki zdrowotnej, do podstawowych
usług niezależnie od tego, czy to jest to rentowne, czy nie. Rynek potrafi koordynować
wiele sektorów branżowych, ale nie wszystkie. 30 lat jego funkcjonowania w zakresie
transportu na warmińskiej wiosce tego dowodzi.

Dzisiaj w debacie publicznej temat wykluczenia komunikacyjnego zakorzenia się coraz
silniej. W 2019 roku Prawo i Sprawiedliwość w ramach piątki Kaczyńskiego zaproponowało
projekt funduszu rozwoju przewozów autobusowych, który w swej idei z pewnością był
słuszny, jednak w praktyce dzisiaj już wiemy, że nie rozwiązał systemowo problemu.
Do naborów wniosków o dofinansowanie z Funduszu rozwoju na Warmii i Mazurach po 
prawie 2 latach wystąpiło zaledwie kilka samorządów. Dopłaty do kilometra na trasie
ze strony państwa są zbyt małe i na wielu liniach stają się nieistotnym procentem
kwoty, którą samorząd będzie musiał zapłacić, by uruchomić połączenie. Powiaty mają
problemy ze znalezieniem przewoźników do obsługi deficytowych tras, a sformalizowana
procedura ubiegania się o dotacje niczego nie ułatwia. Dofinansowania rozlicza się
w skali miesiąca, co generuje strach przed tym, czy samorząd nie będzie musiał zamknąć
linii przez jeden gorszy miesiąc. Nie da się walczyć z wykluczeniem komunikacyjnym
w perspektywie 30 dni, by uporać się z problemem tej skali, plany muszą być układane
na co najmniej kilka lat. Trzeba jednak oddać partii rządzącej, że dostrzegła problem,
z którym ludzie z mniejszych miejscowości zmagają się w Polsce od lat 90’. Niestety
ich działania w obszarze transportu autobusowego są po prostu nieskuteczne.

Pandemia koronawirusa tylko pogłębiła wykluczenie komunikacyjne i pogorszyła fatalną
już sytuację z dostępem do transportu na Warmii i Mazurach. Rząd oferował przewoźnikom
pewne ułatwienia, ale nie były wystarczające, by zapobiec fali zamknięć kolejnych
linii. Dzisiaj skalę problemu widać jak w soczewce. Czas umówić się, że rozwiązanie
tego kryzysu musi się odbyć ponadpartyjnie. Czas powiedzieć jasno, że w sektorze
transportu potrzebujemy skoordynowanych i skutecznych reform. Problem może nie jest
medialny, ale jak najbardziej realny i najwyższa pora by państwo aktywnie zaangażowało
się w kreowanie polityki komunikacyjnej. Nie dla siebie, nie dla partii, po prostu
dla ludzi.
