# Podwyżki radnych. Dyrektor nie wytrzymał. Padają mocne zarzuty: pazerność, koryto, egoizm

- Link: https://tko.pl/132938,2021,12,19,podwyzki-radnych-dyrektor-nie-wytrzymal-padaja-mocne-zarzuty-pazernosc-koryto-egoizm
- Published: 2021-12-19T13:54:20+01:00
- Author: Redakcja TKO

**„Nie może być tak, że pracownik MOK Olsztyn zapieprza po kilkanaście godzin na
dobę za 2700, a za przysypianie na komisji radny bierze 3400” – Mariusz Sieniewicz,
dyrektor Miejskiego Ośrodka Kultury w Olsztynie, zbluzgał radnych na swoim, co podkreśla,
prywatnym FB, za przyznanie sobie niebotycznych diet. Niebotycznych przy marnych
zarobkach pracowników Miejskiego Ośrodka Kultury (ale ten sam problem mają urzędnicy
zatrudnieni w olsztyńskim ratuszu), zarobkach, które od lat stoją w miejscu, czyli
topnieją z powodu inflacji.**

„Sprawa nie daje mi spokoju. Jestem etycznym aspergerowcem” – tak rozpoczyna się
długi wpis Sieniewicza, zatytułowany „Pan Cogito pyta olsztyńskich radnych o ich
podwyżki”, dalej czytamy:

„Dla niewtajemniczonych: w chwili, gdy wiemy, że finanse Olsztyna są w złym stanie,
że na nic nie starcza pieniędzy, radni podnoszą sobie wysokość diet z 1800 zł na
3400, przewodniczący komisji wszelakich: z 2100 na 4500. To wzrosty gargantuiczne!(…).
Dodatkowo: zdecydowania większość radnych to ludzie dobrze uposażeni, mający inne,
podstawowe źródła dochodu. Wszak wynagrodzenie radnego nazywamy dietą, czyli rekompensatą
za kilka dni w miesiącu poza głównym miejscem pracy”.

I teraz sekwencja wydarzeń:

„W wtorek spotykam się z radnymi komisji kultury, by po raz ostatni, straceńczy 
rzucić się na barykadę i zawalczyć o pieniądze na kulturę, na jej przetrwalnikowe
formy, bo zżerają nas rosnące koszty utrzymania, a ludzie jak zarabiali przysłowiowe
2700, tak zarabiają, choć lata mijają (inflacja, te sprawy, wiadomo). Niestety, 
radni, rozumiejąc sytuację, wyłącznie wyrażają troskę i wsparcie, ale nic nie mogą
zrobić. Są bezradni. Jako dyrektorzy prosimy o chociażby gwarancję, żeby te zapowiadane
uśrednione 300 złotych brutto dla pracownika było pewne. Uśrednione, czyli niżej
zarabiający, w granicach płacy minimalnej dostanie 400 złotych brutto, ten lepiej,„
bogatszy” płacowo złotych 200. Błagamy, chwilami podnosimy głos, godząc się na i
tak poniżającą sytuację, że jeśli te podwyżki zostaną klepnięte, będziemy siedzieć
godzinami nad tabelkami Excella i rozkminiać komu dać 100 złotych na rękę, komu 
180, komu 210 – i też godząc się z absurdalnością, że ja PAN, ja DYREKTOR różnicuje
pracę ludzi, ich zaangażowanie w widełkach między 50 a 100 złotych netto (pół jednych
zakupów w Lidlu albo jeden wypad na pizzę na mieście). To tak jakbym składał precyzyjny,
japoński zegarek, nie widząc, że zrobiony jest z papierowych puzzli.”

„Dnia następnego, na sesji, dowiaduję się, że ci sami radni, ci sami, którym patrzyłem
w onlin’owe oczy ustalają sobie podwyżki w skali 1600 złotych, powtórzę słownie:
TYSIĄC SZEŚĆSET złotych netto, na rękę!!! Kasa za deklarowaną dzień wcześniej bezradność–
przyzwoita, przyznacie. (Tu się z radnymi zgadzam, kiedyś miałem wyższe cele, teraz
wiem, że przychodząc na komisję, uczestniczę w five o’clocku, takim klubie dyskusyjnym
o randze niższej niż DKF (Dyskusyjny Klub Filmowy, choć bez herbatki.)”

„Dla moich pracowników jestem reprezentantem hierarchii, władzy, dyrektorowania 
i samego ratusza. Jako dyrektor zarabiam 5600 netto, oni nierzadko dwa razy mniej
lub gorzej. I co ja mam im powiedzieć? Jak mam im spojrzeć w oczy, jak tłumaczyć
trudną sytuację miasta? Jak mam iść na pracowniczą wigilię i życzyć wszystkiego 
najlepszego kobiecie z kilkunastoletnim stażem, która ma się cieszyć, że zarabia
trzysta, czterysta złotych więcej od płacy minimalnej, że w gruncie rzeczy Pana 
Boga złapała za nogi? (Gdybym był pracownikiem, sam bym syknął na boku: pierdolisz!)”.

Wracam do sedna, choć to, co napisałem dwa zdania wyżej powinno być sednem: dokonało
się coś niepokojąco i ponuro złego. Cokolwiek będzie mówił i jak to tłumaczył pan
Mirosław Gornowicz (przewodniczący Komisji Finansów), naruszone zostało i chyba 
zniszczone zaufanie społeczne. (…) Nie wiem, dlaczego pan Gornowicz podkreśla, że
budżet inwestycyjny jest niezagrożony. Powiem tak (późna pora): jebać inwestycje,
liczy się CZŁOWIEK. Człowiek uzasadnia inwestycje, nigdy na odwrót. Dlaczego radni
sami strzelili sobie w kolano, dlaczego wepchnęli się w stary jak świat stereotyp:
władza i polityka to koryto, że tylko o to chodzi. Przerabiamy po raz enty tę wulgarność,
tę nikczemną trywialność tych, co mają i chcą mieć jeszcze więcej?

„Czy naprawdę o naszym świecie rozstrzyga pazerność, o ktorej pisał [Mirosław Arczak Radny Olsztyna](https://www.facebook.com/MiroslawArczak?__cft__[0]=AZX0l1Wq92m8D5cj3_JTUHlX1vUjnnPVL-zAM3NB2zmIC_p6K8O0YjsN0ZaK1ezGoXcXCQEOuF4TcZtbR1pb9KmqXoWyVtW5wh7LgegNe0EqYFocdQjGT5Y65R69ZAYfsJxCT07cpt_Dy7M-ihTysTZ-&__tn__=-]K-R)?
W takich okolicznościach trudno budować wspólnotę, trudno mówić, że miasto jest 
dobrem wspólnym, że wszyscy razem chcemy dla niego jak najlepiej, skoro koniec końców
zwycięża partykularny egoizm i hasło „śmierć frajerom”. A ludzie kultury są frajerami
największymi, miejscy urzędnicy zresztą podobnie. I proszę nie wrzucać mnie w politykę
i partyjniajckie przepychanki. Po prostu nadal nie umiem pojąć, dlaczego twórczy
człowiek przegrywa z teczkowym przytupasem Zawsze wierzyłem, że na poziomie lokalnym,
miejskim gramy do jednej bramki: aby [Olsztyn](https://tko.pl/olsztyn) był dobry
dla ludzi – to takie oczywiste, choć obrzygiwane potulną retoryką polityków. Walić
warszawkową politykę, gierki, układy, gdy mówimy o naszym najbliższym świecie, jednako
znaczy radny, Prezydent, koordynator koncertu, animator działań wyższych niż konsumpcyjne
zatracenie. Owszem, każdy zarabia wedle odpowiedzialności i kompetencji, ale nie
może być tak, że pracownik MOK Olsztyn zapieprza po kilkanaście godzin na dobę za
2700, a za przysypianie na komisji radny bierze 3400. To ściema, której nie może
tłumaczyć demokratyczny mandat: bo ja zostałem wybrany. Zostałeś wybrany po coś.
A kasa to ostatni, najmniej istotny argument. Oto więc radni zerwali zaufanie społeczne,
nie dają mi szansy, by im w cokolwiek wierzyć. Spieprzyli coś, co zawsze wierzyłem
i wierzę – wartość słowa, które wypowiadam. A skoro wypowiadam, muszę mu być wierny.
To dość wymowne, że poza Mirkiem, i przypartymi do muru dziennikarskich pytań radnymi,
większość milczy, nabrała wody w usta, licząc, że minie kilka tygodni, miesięcy 
i zapomnimy. Ucichły fejsy, brak bieżących postów, brak zbratanych z ludem selfie,
brak zwykłej uczciwości; brałem z podatków 1800, teraz będę brał 3400.

Sprawa rozejdzie się po kościach, jak zawsze. Ale tylko dlatego, że są ważniejsze,
szlachetniesze sprawy od pazerności, którymi warto się zajmować. Pamiętajcie o tym,
radni, skoro poeta pamięta, i lubicie powoływać się na Miłosza. Ja mam jednak potworny
zgryz, nie wiem, co robić? Słowo „kultura” od zawsze buduje mi świat – od literatury,
przez muzykę, sztuki plastyczne, i inne, wreszcie po Pana Cogito – ten kompas moralny,
etyczny, to „pierdolnięcie sumienia”, gdy mi odwala i woda sodowa uderza do głowy.
I słowo „kultura” w żaden sposób nie chce już przylegać do słów „komisja” i „radni”.
Od wczoraj to światy rozłączne”.

Przypomnijmy. Za podwyżkami diet radnych głosowało czternaście osób z klubu radnych
Ponad Podziałami i Platformy Obywatelskiej. Przeciw było troje radnych: Czesław 
Małkowski i Monika Rogińska-Stanulewicz oraz Mirosław Arczak.

Piotr Grzymowicz przyznawał podczas sesji budżetowej, że środków na kulturę w jest
mało ale „nie ma z czego ich wziąć”.

źródło: debata.pl
