# Literatura zaczęła się w Olsztynie. Rozmowa z Martą Syrwid

- Link: https://tko.pl/111234,2014,12,07,literatura-zaczela-sie-w-olsztynie-rozmowa-z-marta-syrwid
- Published: 2014-12-07T10:33:35+01:00
- Author: Redakcja TKO

**– Olsztyn zapamiętałam w końcu z dzieciństwa jako miasto, w którym wiatr jest 
zawsze zimny i rześki – z Martą Syrwid rozmawiamy o galeriach handlowych, książkach
i stolicy Warmii. **

**Dlaczego wyjechałaś z Olsztyna? **

Wyjechałam na studia do Krakowa. Po studiach z kolei do Warszawy, trochę kierując
się owczym pędem, bo wszyscy po kierunkach humanistycznych jadą do Warszawy z nadzieją,
że tam się uda znaleźć jakąkolwiek pracę związaną z wykształceniem. Z jednej strony
rzeczywiście pracowałam tam jako krytyk filmowy, ale z drugiej po prostu nie cierpiałam
tego miasta, więc i z niego wyjechałam – najpierw do Torunia, a potem z powrotem
do Krakowa, gdzie teraz mieszkam. Z Olsztyna wyjechałam, bo miałam możliwość wyboru
dowolnego kierunku na dowolnej polskiej uczelni dzięki indeksowi z Olimpiady [Literatury](https://tko.pl/221599,2023,12,13,literatura-sensacyjna-co-to-wlasciwie-jest)
i Języka Polskiego. Szukałam więc najlepszej humanistyki w kraju i tak ostatecznie
trafiłam na filmoznawstwo w Krakowie.

**Co dał ci [Olsztyn](https://tko.pl/olsztyn), a co Kraków i Warszawa?**

To, że zajmuję się literaturą i dziennikarstwem, zaczęło się już w Olsztynie na 
zajęciach w MOK-u. Dużo zawdzięczam Iwonie Łazickiej-Pawlak, cotygodniowym spotkaniom
i lekturom podsuwanym na Klubie Literackim Młodych. Jeżeli gdziekolwiek „ukształtował
się” mój sposób patrzenia, słuchania i pisania, to właśnie tam. Poza tym w Bibliotece
Pedagogicznej była w tamtych czasach – nie wiem, jak jest teraz – regularna wyprzedaż
klasyki literatury światowej. Kupiłam tam w liceum całego Stendhala, Cortazara, 
nawet Ionesco i Hemingwaya, po złotówce za sztukę. Zdaje się, że były wyprzedawane
te książki, których nikt od kilkudziesięciu lat nie wypożyczał. Reasumując – literacko
kształtowało mnie to, co w Olsztynie mało kto czytał. Wtedy też przyzwyczaiłam się,
że wszystkie książki, których potrzebuję, mam na własność i robię w nich notatki,
czasem zapisuję całe marginesy. A poza tym życie literackie Olsztyna miało na mnie
wtedy wpływ. Bardzo podobały mi się „Bios” Piotra Siweckiego i „Prababka” Mariusza
Sieniewicza. Również to, że istniał, choć krótko, klub Zeppelin na Zatorzu i że 
był Festiwal Literacki Dzyndzołki, na którym zadebiutowałam. W Krakowie za to odkryłam
film, zwłaszcza przedwojenne kino polskie, no i lata sześćdziesiąte w polskiej kinematografii–
mój ulubiony wątek. W Warszawie nauczyłam się doceniać przyjemność płynącą ze słuchania
muzyki poważnej, na której kompletnie się wcześniej nie znałam. Po dwóch latach „
osłuchiwania się”, chodzenia na koncerty, których w Warszawie jest sporo, często
ze wstępem wolnym, naprawdę się trochę od tej przyjemności uzależniłam, no i przy
okazji przestałam być takim koszmarnym ignorantem. Teraz już przynajmniej wiem, 
czego nie wiem.

**Często odwiedzasz rodzinne strony?**

Z tymi „rodzinnym stronami” to jest tak, że one są w Piotrkowie Trybunalskim, bo
tam się urodziłam i to jest też ważne miejsce dla wielu moich bliskich krewnych.
Ale jeżeli Olsztyn potraktować jako rodzinne strony, bo w końcu tam się wychowałam
i mieszkałam przez kilkanaście lat, to wracam rzadko i raczej są to powroty ściśle
związane z literaturą, spotkaniami autorskimi, nie ze świętami czy rodziną. Tzw.„
rodzinne” święta zwykle spędzam zresztą sama, pracując i skupiając się na tekstach.
A propos „powrotów” – tkwi we mnie też przeświadczenie, że jak tylko przyjadę do
Olsztyna, to na pewno zmarznę, ale przynajmniej odetchnę zdrowym powietrzem. Olsztyn
zapamiętałam w końcu z dzieciństwa jako miasto, w którym wiatr jest zawsze zimny
i rześki. Kontrast z cieplarnianym Krakowem, osłoniętym smogiem, jest uderzający,
oczywiście na korzyść Olsztyna.

**Bywasz rzadko w domu, więc możesz obserwować zmiany w Olsztynie z dystansu. Miasto
się zmienia?**

Zmienia się, ale to, co się zmienia, mi się nie podoba. Nie ma kina Kopernik, nie
ma kina Awangarda, nie ma kina Polonia. Jest Alfa, czy – przepraszam – już coś innego
na A, jeszcze większe. I od niedawna ta monstrualna Galeria Warmińska. To są zmiany
na gorsze, bo produkuje się setki miejsc pracy za najniższą stawkę dla ludzi, którzy
nie mają wykształcenia, albo, co gorsze, dla tych, którzy ze swoim wykształceniem
nie mogą znaleźć w Olsztynie pracy na poziomie. W rezultacie absolwenci szkół wyższych
nie mają tam gdzie pracować i większość z nich wyjeżdża, chyba że decyduje się zostać
i sprzedawać ser albo odkurzacze. Nie ma, zdaje się, poważniejszych inwestycji ani
w kulturę, ani w nowe technologie, czyli w takie sektory, w których młodzi, dobrze
wykształceni ludzie – nie tylko z Olsztyna – mogliby znaleźć pracę. Natomiast inicjatywy
niezależne, choć fajne, nie wychodzą poza to miasto. Idealnym przykładem jest na
przykład Rzeźnia Literacka. Dysonans między małymi akcjami literackimi a molochami
handlowymi jest zbyt duży i hamuje rozwój miasta, takie jest moje zdanie.

**Śledzisz najnowsze wieści z Warmii?**

Nie wiem o tym, kto kogo zabił pod Reszlem, ale wiem, co się dzieje w olsztyńskiej
kulturze. Zwykle „dzieje się” dzięki moim znajomym, którzy organizują koncerty i
spotkania literackie i od nich właśnie wiem, co słychać w Olsztynie. Polityką interesuję
się zresztą pobieżnie i raczej na poziomie ogólnopolskim. Dzięki temu na pewno omija
mnie wiele rewelacyjnych afer, ale naprawdę wolę ostatnio czytać literaturę piękną
albo reportaże, na przykład egotyczne Evelyna Waugha, niż „aktualności” na Onecie.
Przede wszystkim dużo więcej się można dowiedzieć.

**Wydajesz swoją nową książkę, która jest antologią twoich felietonów z Lampy. Opowiesz
nam o „Koktajlach”? **

„Koktajl z maku” – bo taka jest pełna nazwa rubryki – to kolumna w magazynie „Lampa”.
Powstała przypadkowo. W 2009 roku napisałam recenzję dwóch kiepskich tomów poezji
pewnego pana, który bardzo uwierzył w swoją wielkość. W „Lampie” to się spodobało
i redaktor naczelny zaproponował mi, żebym co miesiąc pisała o tekstach autorów 
niezdolnych. Do „Lampy” przychodzi zresztą mnóstwo książek, część z nich jest naprawdę
słaba i nikt ich nie chce recenzować. To z nich w dużej mierze wybieram sobie pozycje
do „Koktajlu…”. Książka, którą teraz wydaje Lampa i Iskra Boża, jest wyborem najbardziej
wstrząsających przykładów polskiej grafomanii ostatnich lat. Słabe książki można
dzielić na różne kategorie, np. religijne wiersze emerytów to jedna półka, a teksty
nastolatek o jednorożcach albo wampirach to druga. Przepis na koktajl jest prosty:
dane biograficzne i opinia literata o samym sobie, pochlebstwa jego promotorów, 
tytuły publikacji rzeczonego oraz cytaty z nich opatrzone osobistym komentarzem.
Zdarza mi się uzupełniać koktajl opisem okładki (jeżeli jest wybitnie koszmarna)
albo rankingiem „najlepszych” cytatów. Przy rankingach takich unikam objaśnień, 
jestem bowiem zdania, że komentarz przyćmiłby skąpą urodę wersów. Od początku moim
celem było stworzyć rubrykę śmieszną i pożyteczną. A ponieważ ma już ona grono stałych
czytelników, myślę, że trochę się udało.

**Był jakiś olsztyński bohater „Koktajlu”? **

Był jeden autor mieszkający w Olsztynie, ale pochodzący z zupełnie innej części 
Polski. O Olsztynie pisał zresztą w swojej twórczości, że jest to miasto – do tej
pory pamiętam! – w którym unoszą się „opary prowincjonalności”. Nie miałam najmniejszych
skrupułów pisząc o nim koktajl, to chyba jasne.

 KM
