# Spektakl ,,Lenka” [ANIMA: recenzja]

- Link: https://tko.pl/107839,2013,11,25,spektakl-lenka-anima-recenzja
- Published: 2013-11-25T11:25:11+01:00
- Author: Redakcja TKO

**Ideę przedstawień dla najmłodszych popieram całym sercem, tylko moim zdaniem dobrze
by wyjść naprzeciw ich różnemu postrzeganiu czasu (siedmiolatka i dziecka rocznego).**

W miastach o zaludnieniu poniżej stu osiemdziesięciu tysięcy dusz spektakle dla 
najnajów (czyli tych naprawdę małych szkrabów, które teoretycznie nie wyrobiły w
sobie zdania na temat sztuki i nie mają wypaczanego gustu artystycznego, bo nie 
zdążyły w wieku prenatalnym) nie są częstym wydarzeniem, choć obserwować można pewne
przemiany w tym kierunku – takich imprez jest coraz więcej.

Przedstawienia dla najmłodszych są raczej krótkie, do pół godziny. Właśnie tyle 
zazwyczaj dziecię roczne, dwudziestoczteromiesięczne, czterdziestoośmiomiesięczne
jest w stanie usiedzieć, jeśli rodzic trzyma je na kolanach. Starsze dzieci już 
zdecydowanie potrafią się skupić na dłużej (chyba że przeżywają spóźniony bunt dwulatka
albo są chowane na postmodernistycznych kreskówkach w ilości siedmiu godzin na dobę,
więc mogą mieć trudności z koncentracją).

Dlatego właśnie spektakle dla najmłodszych dzieci powinny być podzielone na dwa 
przedziały wiekowe: dla tych od roku do lat trzech (gdzie jeszcze teatr może przez
nie zostać połknięty lub wchłonięty) i dla tych od czterech do sześciu. I dla tych
maluśkich pół godziny jest optymalne, a dla starszych pięćdziesiąt minut jest dawką
jak najbardziej wystarczającą.

Taka właśnie refleksja mnie naszła po spektaklu pt. ,,Lenka” Białostockiego Teatru
Lalek, kiedy obserwowałam reakcje mojego spadkobiercy i dzieci siedzących obok. 
Targetem ,,Lenki” są dzieci od roku do lat siedmiu. I takie właśnie zostały przyprowadzone
na spektakl, ale właśnie przy tak szerokiej skali wieku odbiorców (bo różnica siedmiu
lat w początkowych stadium rozwoju człowieka to jednak dużo, w wieku dziewięćdziesięciu,
dziewięćdziesięciu siedmiu ta różnica zaczyna zanikać) trudno o zadowolenie wszystkich.
Najmłodszym dzieciom spektakl się dłużył (ale to były jednostkowe przypadki), a 
inne – starsze – nie chciały wychodzić z teatru.

Ideę przedstawień dla najmłodszych popieram całym sercem, tylko moim zdaniem dobrze
by wyjść naprzeciw ich różnemu postrzeganiu czasu (siedmiolatka i dziecka rocznego).
Mimo to sztuka Białostockiego Teatru Lalek swoją formą była w stanie zainteresować
najmłodszego widza w kaftaniku, jak i przedszkolaka, i każdy z tych odbiorców był
w stanie wyciągnąć z przedstawienia coś ciekawego (choć widz w kaftaniku postanowił
wyjść przed końcem sztuki).

Przyciągające uwagę tło wydarzeń było również dużym atutem przedstawienia, gdyż 
w mniej dynamicznych momentach przedstawnienia, kiedy ruch sceniczny był mocno zredukowany,
młody odbiorca mógł doceniać pracę scenografa (,,Mamo, miś tam siedzi. Chcę misia!!!
Daaaj!”), który inspirował się elementami dziecięcego świata. Wielkie pudło stojące
na scenie zmieniało się w podwórko, dom, boisko. Umowność scenografii stymulowała
wyobraźnię, która była ukierunkowywana przez rekwizyty w postaci kredek, piłeczek,
klocków, tak znane dzieciom.

Istotną częścią spektaklu była w dużej mierze muzyka. Bardzo dobrze podkreślała 
nastroje bohaterów w sztuce pozbawionej słowa. Brak dialogów w sztuce dla dzieci
nie jest złym pomysłem – teoretycznie dzięki temu nawet najmłodsze dzieci mogły 
śledzić wydarzenia na scenie. Praktycznie – 80% widzów pełnoletnich mówiło do ucha
dziecku, które przyprowadzili, co dzieje się na scenie, żeby przykuć jego uwagę.
Okazuje się więc, że nawet najmłodsze dzieci są niejako niewolnikami słowa, i słowo
do interpretacji sztuki jest im (jednak!) potrzebne. Albo chociaż do skupienia uwagi.
Więc może warto jednak, chociaż szczątkowo, słowo w teatrze dziecięcym stosować.
Choćby to miały być same onomatopeje, przymiotniki i zaimki.

_*Marta Chyła – mama prawie dwuletniego Adasia, krytyka sztuki współczesnej. Absolwentka
polonistyki ze specjalizacją teatralną, studentka PWSFTviT._
